Nie lekceważcie Czechowa (Wiśniowy Sad)

W powieści Trans Manueli Gretkowskiej jest taka w scena, w której główna bohaterka pyta słynnego reżysera jaki jest sens robienia kolejnej adaptacji Anny Kareniny. A gdy ten odpowiada, że to wielka powieść, młoda kobieta ripostuje, że Anna Karenina nieodwołalnie zginęła pod lokomotywą dziejów.

Podczas spotkania z widzami (prowadzenie bloger – Tomasz Domagała) po premierze Wiśniowego Sadu otwierającego TRANS/MISJE, Andro Enukidze – reżyser rzeszowskiego spektaklu na podobne pytanie odpowiedział, że dla niego i pozostałych twórców tytułowy wiśniowy sad, to przede wszystkim metafora tego, co najbliższe – małej ojczyzny, rodziny i przyjaciół.

Wiśniowy Sad Enukidze, to opowieść o emocjonalnej stracie i jej skutkach, z którą muszą radzić sobie przede wszystkim kobiety. Bo w rzeszowskiej inscenizacji Wiśniowego Sadu, to one grają pierwsze skrzypce. Raniewska w wykonaniu Marioli Łabno-Flaumenhaft łączy cechy kobiety wschodu przywiązanej do wartości rodzinnych i bezwzględnej femme fatalle. Flaumenhaft świetnie odgrywa tę dwoistość budując postać, która wzbudza jednocześnie współczucie i pogardę.

Dagny Mikoś wcielająca się we wszystkie kobiece role poza Raniewską, tworzy kreacje mocno zindywidualizowane. Każda z jej postaci reprezentuje odmienne typy osobowości (idealistka, pobożna dziewczyna, frywolna panienka),ale łączy je jedno – stanowią całkowite przeciwieństwo Raniewskiej.

Inscenizację Enukidze rozpoczyna scena ze starą Raniewską (Mariola Łabno Flamenhauf) i jej opiekunką (Dagny Mikoś) wiele lat po sprzedaniu wiśniowego sadu. W oryginale – Raniewska w kwiecie wieku przybywa z Paryża do swojego zadłużonego majątku. Ta swoista futurospekcja tworzy klamrę kompozycyjną, która umożliwia widzom na spojrzenie na znaną przecież historię z odmiennego punktu widzenia. Widok schorowanej Raniewskiej i jej córki – opiekunki prowokuje do refleksji nad upływającym czasem, który nie oszczędza nikogo. I zmusza do zastanowienia się nad konsekwencjami osobistych wyborów głównej bohaterki. Dla jednych – kluczowy będzie jej stosunek do zmarłego synka, dla innych – jej niejednoznaczna relacja z Łopachinem (świetny Robert Żurek). Pomimo zabiegowi ze zmianą chronologii wydarzeń, początek spektaklu utrzymany jest w konwencji tradycyjnej. W pierwszej scenie aktorki zwrócone przodem do publiczności grają szerokim gestem. Z dużą ekspresją poruszają się w ściśle wytyczonej przestrzeni scenicznej zaaranżowanej na wnętrze z epoki. Scenografię (Mirian Shvelidze,Shota Bagalishvili), wykorzystującą możliwości ruchomej sceny wysuniętej z lewej strony na wysokość kilku rzędów, dopełniają meble, prospekt Wieży Eiffla oraz suknie wiszące u sufitu. Ciepłe żółte oświetlenie nie tylko tworzy kameralny nastrój, ale również podkreśla emocje malujące się na twarzach aktorów.

Wraz z rozwojem akcji, ta pozorna fasadowość i swoista teatralność tej inscenizacji Czechowa okazuje się iluzją – tak samo jak styl życia występujących w niej postaci. Te wszystkie figury wydają się znajome. Przypominają nam one bohaterów naszych lektur szkolnych: szlachtę wysadzoną z sioła, utracjuszy, którym życie upływa na tęsknocie za dawnym regime. Pierwsze niepozorne tąpnięcia struktury świata przedstawionego spektaklu uwidaczniają się poprzez zmianę tempa gry i układów ruchu scenicznego (Tomasz Dajewski). Aktorzy wypowiadają swoje kwestie zwróceni bokiem lub tyłem do widowni. W tej inscenizacji dramatu są oni poddawani przez reżysera subtelnej, lecz wnikliwej wiwisekcji. Dzieje się tak za sprawą rozbicia fabuły spektaklu na liczne scenki ukazujące bohaterów Czechowa w newralgicznych momentach ich życia. Napięcie na linii Luba Raniewska – pozostali domownicy staje się osią spektaklu. U Enukidze osobiste nieprzepracowane dramaty Raniewskiej (rozrzutny styl życia, toksyczna relacja z mężczyzną, roszczeniowość wobec córek) kształtują sytuację całej rodziny. Oczywiście, to jej brat Gajew (Marek Kępiński) zarządza rodzinnym majątkiem, ale to ona jest osoba generującą dynamikę rodziny. Pozostali członkowie rodziny krążą dookoła niej niczym uczestnicy hellingerowskich ustawień próbując naprawić relacje rodzinne poprzez udział w efektywnej psychodramie. Katharsis jednak nie następuje. Raniewska i jej brat nie potrafią skorzystać z propozycji Łopachina. Ten z kolei, mimo tego, że kupuje Wiśniowy Sad, nie umie do końca cieszyć się ze swojego sukcesu – jakby dokonanie tej transakcji było dwuznaczne moralnie i stawało się źródłem nowych problemów. Szczególnie zapada w pamięć scena rozmowy Warii z Łopachinem, w której skrępowani bohaterowi za pomocą półsłówek i nieporadnych gestów próbują rozmawiać o swoich uczuciach. Moment, w którym chwilę później Waria mówi: „(..) on o mnie nie myśli, on robi pieniądze” uzmysławia nieuchronność zmian czekających na bohaterów spektaklu.

fot.materiały Teatru im.Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

W Wiśniowym Sadzie Enukidze wybrzmiewa motyw nadchodzącej rewolucji, która zmiecie z powierzchni stary świat. Orędownikiem tej rewolucji jest wieczny student Trofimow – nieśmiały i zahukany, lecz przekonany o konieczności nadchodzących zmian społecznych(interesujący Karol Kadłubiec). I nawet jeżeli narracja o rewolucji nie jest wystarczającym spoiwem poszczególnych scen, nie stanowi to dużej wady spektaklu. Po co zszywać swiat, który lśni i śni, ale już trzeszczy w posadach.?

Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

Antoni Czechow

Wiśniowy Sad

Reżyseria: Andro Enukidze

Przekład: Czesław Jastrzębiec-Kozłowski

Opracowanie: Jerzy Czech

Scenografia: Mirian Shvelidze, Shota Bagalishvili

Asystentka scenografa: Weronika Krupa

Choreografia: Tomasz Dajewski

Obsada: Mariola Łabno-Flaumenhaft, Dagny Mikoś, Karol Kadłubiec, Marek Kępiński, Piotr Mieczysław Napieraj, Robert Żurek

Premiera: 20 sierpnia 2021 r. Duża Scena

Międzynarodowy Festiwal Sztuk TRANS/MISJE – TRÓJMORZE

Kto Ci to zrobił ?(Ludzie/Psy)

Tegoroczna Maskarada odbyła się pod hasłem „Prawa dziecka – prawa człowieka – prawa zwierząt”. Jak podkreśla Przemysław Jaszczak, zastępca dyrektora ds. artystycznych Teatru „Maska” w Rzeszowie, głównym zamierzeniem organizatorów festiwalu było pokazanie spektakli, które uwrażliwiają najmłodszych na potrzeby ludzi i zwierząt. Łącznie zaprezentowano jedenaście przedstawień konkursowych (w nurtach głównym i off) ocenianych przez jury profesjonalne i dziecięce.

Na szczególną uwagę zasługuje propozycja Analog Collective Ludzie/psy (Warszawa) wyróżniona pozaregulaminowo „za próbę oddania głosu tym, którzy są go pozbawieni.” Spektakl Fundacji Analog opowiadający o losach trzech psów (opartych na prawdziwych historiach podopiecznych Schroniska na Paluchu) świetnie wpisuje się w formułę tegorocznej Maskarady mającej na celu m.in. zwiększenie świadomości praw zwierząt.

Premierowy pokaz (premiera online grudzień 2020) poprzedziło spotkanie z psim behawiorystą (Schronisko Kundelek, Rzeszów). Po spektaklu można było zabrać ulotki (Joanna Malik) ze złotymi myślami psa Fafika dla Ewy Pawlik nawiązujące swoją estetyką do ulotek Czarnego Protestu – na niektórych z nich znajdował się logotyp Strajku Kobiet – czerwona błyskawica. Przemyślenia w rodzaju: „Gdybyśmy naprawdę przemówiły ludzkim głosem, święta nie byłyby udane„ prowokują do głębszej refleksji nad stosunkiem człowieka do zwierząt domowych.

Ten zabieg zwerbalizowania potrzeb zwierząt jest nie tylko częścią kampanii promującej świadomą adopcję psów, ale również kluczem do zrozumienia spektaklu warszawskiego kolektywu. Aktorzy nie tyle wcielają się w grane przez siebie role, co reprezentują przedstawicieli grupy psów – podopiecznych Fundacji. Nie są ucharakteryzowani na zwierzęta – w niektórych scenach tylko animują lalkę -psa. Od początku spektaklu ten proces przebiega konsekwentnie – aktorzy-performerzy występują w zwykłych ubraniach, charakterystycznych dla sposobu bycia swoich bohaterów. Aktorka grającą rasową sukę – jest ubrana klasycznie w stonowane kolory, kundel ma na sobie buty trekingowe i turystyczną kurtkę, aktor kreujący pit bulla nosi dresy i sneakersy. Bohaterowie spektaklu nie tracą jednak nic ze swoich zwierzęcych cech – aktorzy płynnie zmieniają sposób bycia z ludzkiego na psi – naśladują szczekanie i charakterystyczne psie ruchy.

Ta metoda odgrywania zwierzęcych postaci nie wynika wyłącznie z teatralnej umowności – jest przewrotną próbą wyrażenia psich potrzeb w naszym języku; jest też pokazaniem jak ludzie wykorzystują zwierzęta do swoich celów. Ta przemoc wobec zwierząt niejedno ma imię i przybiera różne formy –od tych najbardziej drastycznych (okaleczanie poprzez eksperymenty medyczne) do tych mniej brutalnych, ale równie szkodliwych (zmuszanie psów do aktywności narażających je na dyskomfort np. nieodpowiedzialnych zabaw z dziećmi).

Opowieści o psich traumach są wprowadzane stopniowo. Wraz z rozwojem akcji główni bohaterowie otwierają się i opowiadają o swoich doświadczeniach – przypominając swym zachowaniem ludzi na psychoterapii. W przypadku zwierząt wgląd we własne emocje nie jest łatwy i wymaga czasu. Analogie pomiędzy sposobem odczuwania ludzi i psów – szczególnie widoczne w scenach na zaimprowizowanym wybiegu, podczas których psy wykonują szereg komend : równaj, łapka, siad  – z pewnością budzą empatię widzów. Psy tak jak my chcą zdobyć gratyfikacją za dobrze wykonane zadania. Mają jednak ograniczone możliwości wyboru. Scena psiego pokazu kandydatów do adopcji ma podwójne znaczenie – uświadamia uczestnikom performansu, że psie zachowania(również te negatywne) są w dużej mierze wyuczone przez człowieka.

Fragmenty autentycznych filmików ukazujące psy w karykaturalnych ubrankach imitujących ludzkie stroje lub podczas eksperymentów w laboratoriach zmuszają do przemyśleń roli człowieka nad kształtowaniem psich zachowań. Czego pragną psy? – chciałoby się sparafrazować tytuł znanej komedii. I czy ludzie są w stanie im to dać? A może to potencjalni właściciele psów bardziej niż czworonogi potrzebują terapii behawioralnej, która pozwoli im wyeliminować negatywne zachowania wobec zwierząt. W spektaklu Analog Collective odpowiedz na pytanie kto jest odpowiedzialny za los zwierząt jest oczywista – to my ludzie dostajemy na początku spektaklu pilot, z pomocą którego mamy głosować na wybranego psa. Pod koniec przedstawienia dokonanie wyboru okazuje się bardzo trudne – każda z trzech przedstawionych historii jest tak samo poruszająca, a możliwości pomocy ograniczone. Ale to od nas ludzi zależy czy będziemy tolerować przemoc czy powiemy jej basta.

11. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ożywionej Formy – Maskarada 16-20 czerwca 2021

„Ludzie/Psy” Analog Collective (Warszawa)

tekst: Elżbieta Chowaniec

reżyseria/ realizacja/produkcja: Analog Collective

ruch: Aleksandra Osowicz/Weronika Pelczyńska

muzyka: Adrian Jakuć- Łukaszewicz

wizualizacje: Close Collective – Agata Koszulińska/Mateusz Korsak

lalka: Olga Ryl-Krystianowska

kostiumy: Arek Ślesiński

głos: Mirosław Kucharski

obsada: Malwina Czekaj/Miłosz Konieczny/ Izabela Zachowicz/Marek Zimakiewicz

premiera: 8 grudnia 2020


[1] Katarzyna Nosowska, Kto Ci to zrobił?, Basta (Kayax 2018)

I to się nazywa marzenie (Kajtuś Czarodziej)

Adaptacja klasycznej, lecz nieco archaicznej powieści Kajtuś Czarodziej Janusza Korczaka, wydanej kilka lat przed wojną, to trudne zadanie. Jak przełożyć język oryginału na język sceniczny, aby zachować klimat powieści i zainteresować młodego widza? Takiego wyzwania podjęli się twórcy z rzeszowskiego Teatru Maska. Adaptacji klasyka literatury dziecięcej dokonała Magda Żarnecka, a spektakl wyreżyserowała Helena Radzikowska. W przedstawieniu głównym środkiem wyrazu jest ruch sceniczny. Układy ruchowe, a nie tekst są głównym nośnikiem akcji. Obszerne fragmenty dialogów i monologów znajdują swoje przedłużenie w rozbudowanej, ale nie rozbuchanej choreografii. Ruch sceniczny (Anna Sawicka– Hodun) i minimalistyczna scenografia (Ľudmila Bubánová) składają się na estetyczne przedstawienie oszczędne w formie i czytelne w treści.

Odczytanie Kajtusia Czarodzieja jest trudne bez kontekstu społeczno-obyczajowego tego utworu. Tytułowy bohater powieści Korczka przeżywa swoje przygody z pogranicza snu i jawy w ściśle określonych realiach lat 30. ubiegłego wieku – chodzi do miejskiej szkoły, mieszka z rodzicami i babcią w kamienicy, spotyka przedstawicieli różnych klas społecznych zarówno zwykłych ludzi jak i tych z półświatka. Świat przedstawiony spektaklu nie jest wyidealizowany – pokazuje nierówności społeczne tamtej epoki: klasowość, biedę. Oczywiście te elementy ówczesnej rzeczywistości nie są przesadnie eksponowane, ale sam fakt, że nie zostały ominięte w procesie adaptacji scenicznej świadczy o tym, że twórcy  postanowili zachować częściowo tamtejsze realia. W spektaklu zostawiono liczne wzmianki o sposobie traktowania dzieci przez dorosłych – z niektórych scen dowiadujemy się, że dociekliwe pytania dzieci są ignorowane przez nauczycieli, a one same zostawiane sam na sam ze swoimi problemami. Podobną tendencję można zauważyć przy popularnych ekranizacjach klasyków dziecięcych, Ania, nie Anna produkcji Netflixa jest tylko jednym z wielu przykładów. W nowej filmowej wersji powieści L.M. Montgomery. wątek trudności asymilacyjnych głównej bohaterki w nowej społeczności będących skutkiem traumatycznych przeżyć w sierocińcu jest mocno zarysowany. Dramatyczne echa przeżyć Ani, nie są wcale wytworem wyobraźni scenarzystów, lecz można doszukać się ich w oryginalnym tekście. W czasach powstania powieści brak respektowania praw dziecka przejawiający się w wykorzystywaniu sierot do pracy, był jednak powszechną praktyką. W powieści Korczaka również znajdujemy przebitki z życia rodzinnego i szkolnego głównego bohatera, z których wyłania się mało optymistyczny obraz sytuacji dzieci w tamtych czasach: powszechne kary cielesne w domu, nałogi wśród najmłodszych. Kajtuś, reaguje podobnie jak serialowa Ania – ucieka od rzeczywistości w świat wyobraźni – postanawia zostać czarodziejem, który potrafi zmienić bieg wydarzeń. Te fragmenty powieści dają ogromne pole do popisów autorom scenografii i projekcji. Minimalistyczna scenografia składającą się z siedzeń wagonu kolejowego (w naturalnym rozmiarze), makiet tramwajów i innych pojazdów w rozmiarze zabawek, z którymi aktorzy biegają po scenie naśladując ruch uliczny tworzy wielkomiejską przestrzeń, w której porusza się główny bohater. Widok kół rowerowych podwieszonych na linach u sufitu w połączeniu z aktorami jeżdżącymi na rowerach po scenie potęguje wrażenie przemieszczania się w tej przestrzeni. Całość dopełniają animowane wizualizację panoramy centrum Warszawy i Paryża (Agnieszka Waszczeniuk).

W spektaklu najważniejsza jest gra zespołowa wymagająca współpracy i synchronizacji na wielu płaszczyznach (aktorzy wcielają się kolejno w rożne postaci),ale na wyróżnienie zasługują indywidualne kreacje Macieja Owczarka (Kajtuś) i Kamila Dobrowolskiego (amerykański reżyser).Szczególnie postać Dobrowolskiego będąca pastiszem stylu wielkich gwiazd zasługuje na uznanie. Aktor buduje swoją postać ze stereotypowych grepsów i scenicznych żartów, które są w pełni czytelne dla starszej widowni, ale wywołują również wybuchy radości wśród najmłodszych.

Najnowsza propozycja Teatru Maska w Rzeszowie, to podróż w krainę dzieciństwa. Dzieciństwa, w którym najgorsze zdarzenia mają zawsze swój szczęśliwy finał. W świcie Kajtusia Czarodzieja dzieci zmagają się z realnymi problemami: odrzuceniem przez rówieśników, samotnością. Kilkadziesiąt lat po premierze powieści Korczaka, te problemy są wciąż aktualne – zmieniły się tylko realia. Jak rozmawiać z dzieckiem, aby je wspierać i jednocześnie uczyć mądrych i odpowiedzialnych postaw. Tego wszystkiego możemy dowiedzieć się oglądając Kajtusia Czarodzieja – bo przecież nie tylko o dobrą zabawę w tym spektaklu chodzi.

Teatr Maska w Rzeszowie

Kajtuś Czarodziej na motywach powieści Janusza Korczaka

Reżyseria: Helena Radzikowska

Adaptacja: Magda Żarnecka

Scenografia: Ľudmila Bubánová

Muzyka: Natasza Topor

Ruch sceniczny: Anna Sawicka– Hodun

Projekcje: Agnieszka Waszczeniuk

Reżyseria światła: Maciej Iwańczyk

Asystent reżysera: Anna Złomańczuk

Obsada: Jadwiga Domka, Kamil Dobrowolski, Bogusław Michałek, Maciej Owczarek,

Anna Złomańczuk

Premiera: 6 marca 2021

Jak ocalić świat na dużej scenie (Granica)

Zdążyliśmy już przyzwyczaić się, że Katarzyna Szyngiera swoje spektakle buduje na kanwie reportażu – tak było w przypadku wielokrotnie nagradzanego Lwów nie oddamy –podobnie  jest z Granicą zrealizowaną w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. W spektaklu wykorzystano reporterskie materiały Szyngiery i Bartosza Józefiaka zebrane podczas rozmów z urzędnikami służby granicznej i mieszkańcami polskiego pogranicza.

Ci, którzy spodziewali się wiernego odtworzenie tych rozmów na scenie, mogą być zaskoczeni – Granica Szyngiery i Murek, to kolaż zasłyszanych historii, opinii i faktów stworzony na wzór Wańkowiczowskiej mozaiki. Poszczególne relacje, anegdoty i subiektywne opinie w przedstawieniu Szyngiery łączą się ze sobą tworząc wielobarwną mozaikę. Ta mozaika momentami błyszczy, momentami razi, lecz nigdy nie pozostawia obojętnym.

Spektakl rozpoczyna scena paniki w przygranicznych miejscowościach wywołanej decyzją o zamknięciu granic w marcu 2020. Przy wtórze sprzecznych komunikatów zdezorientowany tłum próbuje przekroczyć granicę. Ta scena jest próbą odtworzenia wydarzeń z zeszłego roku na przejściu granicznym w Przemyślu, ale równie dobrze mogłaby znaleźć się w filmie z gatunku political fiction o exodusie Europejczyków do innej części świata.

Wiele scen spektaklu powstało na podstawie autentycznych wypowiedzi bohaterów reportażu Szyngiery i Józefiaka. Wywiad z małżeństwem Kowalczyków ze Zgorzelca, które zostało rozdzielone na 30 dni decyzją o zamknięciu granic jest tego dobrym przykładem. Aktorzy grający małżeństwo (Żurek, Matlingiewicz) przerysowują swoje postaci uwydatniając ich prosty sposób bycia – robią grilla pod osiedlowym blokiem, używają bazarowych toreb uznawanych za symbol tandety lat 90.

Z wypowiedzi Kowalczyków wyłania się obraz życia polskich emigrantów zarobkowych w Niemczech będący odbiciem problemów ukraińskich imigrantów w Polsce. Polacy za granicą, tak jak Ukraińcy w Polsce, często pracują ponad siły – np. wyrabiają więcej normy za niższe stawki. U Szyngiery, pokazanie wydarzeń w przygranicznych miasteczkach z marca ubiegłego roku wydaje się być tylko pretekstem do skonfrontowania wyobrażeń Polaków o sobie i swoich sąsiadach Sceny z Kowalczykami uświadamiają nam, że Polacy emigrują za granicę z powodów ekonomicznych a ich wizerunek nie jest jednorodny.

Kolejną grupą sportretowaną w spektaklu są pogranicznicy. Akcja przenosi nas na pogranicze polsko-ukraińskie w Bieszczadach. Z ust pogranicznika (Żurek) słyszymy opowieść o trudach patrolowania górskich terenów przez które biegną szlaki migracyjne. Dramatyczna relacja z próby ratowania nielegalnych migrantów przeprawiających się przez góry z małymi dziećmi ujawnia wiele szczegółów tej trudnej służby. Postać Żurka ratuje dzieci uchodźców przed zamarznięciem w górach, ale stresy wyprawy wywołują w niej agresję, którą odreagowuje na przemytnikach. Takie przebitki z życia pograniczników skłaniają do refleksji nad losem uchodźców – udana akcja służb często dla migrantów oznacza powrót do starego kraju i koniec marzeń o lepszym życiu w UE.

Wraz z rozwojem akcji Szyngiera porusza kolejne problemy terenów przygranicznych – znaczną część spektaklu stanowi film będący rekonstrukcją afery korupcyjnej w polskich służbach celnych. W czołówce filmiku pojawiają się nawiązania do Miasteczka Twin Peaks. Podobnie jak u Lyncha – ujęcia dzikiej przyrody przeplatane są ujęciami silosów przemysłowych. Muzyka z czołówki filmu również przypomina melodią i klimatem tytułowy utwór z kultowego serialu. Nawiązania do Twin Peaks, to coś znacznie więcej niż estetyczna zabawa formą. Twórcy spektaklu celowo nawiązują do serialu, aby zwrócić uwagę na analogię pomiędzy celnikami wiodącymi często podwójne życie, a mieszkańcami amerykańskiego miasteczka. Wątek Dziewczyny bez tożsamości (Justyna Król) – prawdopodobnie ofiary handlu żywym towarem – jest odległym echem śledztwa w sprawie Laury Palmer i w przejmujący sposób zwraca uwagę na proceder handlu kobietami i jego konsekwencje dla ludzkiej psychiki.

W spektaklu Szyngiery zostają poruszone ważne społeczne i polityczne kwestie, ale nie padają żadne odpowiedzi, a nawet podpowiedzi jak je rozwiązać. Bo otwarcie granic nie spowoduje, że problemy m. in. przemyt, handel żywym towarem znikną, lecz problemy te przeniosą się z terenów przygranicznych w głąb Polski. Szyngiera nie pokazuje złożonych przyczyn powstawania tych problemów po ukraińskiej stronie granicy. W spektaklu widzimy tylko ich skutki po polskiej stronie. Być może jest to celowy zabieg twórców przedstawienia mający pokazać, że również u nas zdarzały się patologie w służbach celnych, a mimo tego zreformowaliśmy swoje struktury i jesteśmy we wspólnocie europejskiej.

Szyngiera z zespołem mnoży problemy i wątki jakby w jednym spektaklu chciała poddać naświetlaniom chorą tkankę przygranicznego społeczeństwa. Mnogość wątków i postaci zmusza do myślenia krytycznego. Ale im więcej myślimy, tym trudniej jest nam dojść do konkretnych wniosków. Twórcy chyba też w pewnym momencie zdają sobie sprawę z braku spójnego przesłania spektaklu, bo w jednej ze scen w quasi protest songu śpiewają: To jest trochę spektakl  o tym, żeby otworzyć granicę z Ukrainą. Ale na uzasadnienie tej tezy w spektaklu fizycznie zabrakło miejsca. Oczywiście, analogie pomiędzy sytuacją mieszkańców Zgorzelca, którzy pomimo podobnych problemów asymilacyjnych (patologia, przestępczość) nauczyli się koegzystować w sytuacji otwartej granicy są argumentem za zniesieniem granicy z Ukrainą. Ale w spektaklu brakuje argumentów potwierdzających, że otwarcie granicy przyczyniłoby się do likwidacji problemów po wschodniej stronie. Finałowa rozmowa z Anne Applebaum (Małgorzata Machowska) i przedstawicielem prawicy(Mateusz Mikoś) prowadzona przez dziennikarkę (brawurowa Dagny Mikoś) robi wrażenie doklejonej i mnoży tylko kolejne wątpliwości, co do celowości zniesienia granic. Fragmenty wypowiedzi Anne Applebaum o zaletach globalizacji ekonomicznej –zaczerpnięte z wywiadu, (całość w programie teatralnym) – w kontekście sytuacji nakreślonych w spektaklu wydają się nie do końca trafione. Przenoszenie fabryk do krajów rozwijających się i zatrudnianie w nich taniej siły roboczej skutkuje nie tylko stworzeniem nowych miejsc pracy, ale również współczesnego niewolnictwa.

Poszczególne sceny są bardzo dobrze wyreżyserowane i świetnie zagrane. Aktorzy wykonali ogromną pracę wcielając się kolejno w różne postacie – Robert Żurek w pograniczników i migranta zarobkowego, Dagny Mikoś –w dziennikarkę i ukraińską przemytniczkę. Do spektaklu zaprojektowano ciekawe kostiumy (Sylwia Lasota). Szczególnie zapada w pamięć scena, w której Barbara Napieraj–  niczym zdetronizowana królowa tytoniu ubrana w suknię z etykietami pudełek rożnych marek papierosów – mówi monolog o wykryciu jej biznesu papierosowego. Świetne jest również fragment z polską rodzinę zmuszoną spędzać wakacje nad polskim morzem, a nie jak dawniej w tropikach. Jeden z aktorów wprost na oczach widzów imituje za pomocą grzmotnika odgłosy burzy, celowo podkreślając umowność efektów dźwiękowych. Jakby chciał zaznaczyć, że polityczne przesłanie jest o wiele ważniejsze od precyzji wykonania spektaklu.

Granica, to bardziej work in progress niż skończone dzieło. Spektakl powstawał w okresie pandemii, a jego premiera była kilka razy odkładana. Można go traktować jako swoisty rejestr wydarzeń z przeszłości przefiltrowany przez doświadczenia twórców z ostatnich 12 miesięcy. Nie sposób nie zauważyć pewnych inspiracji Biegunami Olgi Tokarczuk. Nawiązania do powieści noblistki pojawiają się również w rozmowie z Applebaum. Może próby reagowania na bieżąco na to co dziej się na świecie przyczyniły się do nielinearności fabuły spektaklu. Podobnie jak w Biegunach u Szyngiery i Murek mamy do czynienia z fragmentaryczną narracją łącząca poszczególne sceny w polifoniczną opowieść, z otwartym zakończeniem. Czy ciąg dalszy nastąpi, być może dowiemy się na kolejnych spektaklach.

Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

Weronika Murek, Katarzyna Szyngiera,

materiały reporterskie: Bartosz Józefiak, Katarzyna Szyngiera

Granica

Reżyseria: Katarzyna Szyngiera

Scenografia i światło: Milena Czarnik

Kostiumy : Sylwia Lasota

Współpraca dramaturgiczna :Olga Maciupa

Światło : Milena Czarnik

Muzyka : Jacek Sotomski

Projekcje video : Michał Stajniak

Obsada: Justyna Król, Małgorzata Machowska, Aleksandra Matlingiewicz (gościnnie), Dagny Mikoś, Barbara Napieraj, Karol Kadłubiec, Mateusz Mikoś, Piotr Napieraj, Robert Żurek.

Premiera: 27 lutego 2021

Fot.Monika Stolarska

Taki kosmos

O tym, co może się wydarzyć, gdy w niewielkiej przestrzeni sali kinowej spotkają się malarz i muzyk, mogli przekonać się uczestnicy finisażu wystawy Bartosza Nalepy Flora w galerii Kino za Rogiem w Rzeszowie. Fuzja dźwięków i obrazów, to efekt współpracy Nalepy z Jackiem Niziołem (PITZ). To nie pierwszy raz, gdy ta dwójka spotyka się przy wspólnym projekcie Artyści współpracowali podczas performansu Świecenie (Europejski Stadion Kultury). Miejsce finisażu – wydzielony fragment sali kinowej pomiędzy ekranem i widownią wzmaga poczucie oczekiwania na swoistą medytacją. Twórcy wydarzenia nieśpiesznie wprowadzają widzów w muzyczno-wizualną podróż tropami tajemniczych ekosystemów generowanych na żywo przez Nalepę. Podczas godzinnego performansu, obserwujemy wizualizacje do muzyki Nizioła wyświetlane na dużym ekranie. Pozornie abstrakcyjne plamy barw układają się w zaplanowane kompozycje, aby nagle rozprysnąć się we wszystkich kierunkach. Czy jest to spontaniczna improwizacja, czy też przemyślana próba wizualizacji procesów zachodzących w przyrodzie – wiedzą tylko twórcy performansu.

Obserwowanie plam i kresek przybierających różne formy może być ciekawym i relaksującym doświadczeniem. Dźwięki kontrabasu działają bardzo kojąco. To poczucie można porównać do zjawiska przyjemnego mrowienia wywoływanego przez niektóre odgłosy i obrazy tzw. ASMR. Podobnego uczucia niektórzy doświadczają podczas czesania włosów u fryzjera lub pstrykania folii bąbelkowej. Na YouTubie możemy znaleźć setki filmików mających wywołać ASMR. Efektów pracy tymczasowego kolektywu Nalepa-Nizioł nie można porównywać tylko do zabaw internetowych vlogerów, mających dostarczać czysto sensualnych wrażeń. Mamy przecież do czynienia z performansem wykraczającym poza ramy tradycyjnego wernisażu/finisażu i koncertu – twórcy i widzowie tworzą wspólnotę odpowiedzialną za swoje działania. To Nalepa kreuje światy wyświetlane na ekranie, ale o ich kształcie i intensywności decyduje swoisty klimat pomiędzy uczestnikami i twórcami. Wspomniany duet oprócz  wrażeń inspiruje do zastanowienia się nad harmonią przyrody. natura nie jest ujarzmiona i poddana człowiekowi, ale wydaje się być niezależnym mikrokosmosem, w którym zachodzą nieustannie różnorodne procesy. I nawet jeżeli to twórcy decydują o zakończenie performansu – poprzez odłożenie instrumentu i przyborów malarskich – stworzone światy żyją dalej w wyobraźni widzów.

Parada Szaleńców

Feria barw, brokat i świetnie skrojone kostiumy w stylu lat 70.Cezary Iber po raz kolejny realizuje swoje marzenie o wielkim widowisku. Tym razem z sukcesem. I nie jest to wyłącznie zasługa czarnej magii praktykowanej przez bandę Wolanda na scenie Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie.

Spektakl rozpoczyna wejście barwnego korowodu postaci prowadzonych przez Wolanda (Krzysztof Boczkowski). Aktorzy wchodzą na scenę od strony widowni, co automatycznie upodabnia ich do trupy teatralnej mającej bawić publiczność. Motyw teatru w teatrze pojawia się jeszcze kilkakrotnie w spektaklu Ibera – m.in. w świetnie zrealizowanej scenie pokazu w Varietes, w której przestrzeń teatralna staje się estradą i undergroundowym klubem jednocześnie. Wspomniany wyżej motyw nie dominuje pozostałych elementów spektaklu, lecz jest tylko jednym z chwytów teatralnych, którymi próbuje zręcznie żonglować reżyser.

Iber tak układa poszczególny sceny, żeby nastrój przedstawienia oscylował pomiędzy rozrywką a refleksją  – po energetycznym intro następuje stonowana rozmowa dwójki śledczych dotycząca niejasnych okoliczności śmierci redaktora Berlioza. Następnie dzięki  retrospekcji – naszym oczom ukazują się sam Berlioz (Robert Chodur) i jego redakcyjny kolega – poeta Iwan Bezdomny (bardzo dobra rola Mateusza Mikosia).Towarzyszy im mężczyzna podający się za profesora czarnej magii, który próbuje bawić ich rozmową. Scena spotkania członków Massolitu z Wolandem jest prawie w całości przeniesiona z powieści. Aktorzy wypowiadają swoje kwestie z niezwykłą starannością i nie jest to wyłącznie zasługa ich warsztatu, ale być może celowe nawiązanie do klasycznych realizacji teatru dramatycznego. Widzowie maja szansę wsłuchać się w język Bułhakowa (w tłumaczeniu rodziny Przebindów.) pełen dosadnych powiedzonek i ciętych ripost. W niektóre kwestie wplatane są rosyjskie wyrażenia, które w połączeniu z żartami scenicznymi brzmią bardzo rubasznie. Rosyjskość i charakterystyczny humor powieści Bułhakowa świetnie oddają scena pomiędzy Rimską (Mariola Łabno-Flaumenhaft) i Warionuchą (Marek Kępiński). Administrator teatru Varietes i jego współpracownik na przemian toną w namiętnych uściskach i ostro plotkują o kolegach z pracy. Gdy Rimska po sposobie w jaki Warionucha dotyka jej ciała, rozpoznaje w nim wampira, mężczyzna kwituje jej zachowanie jednoznacznym: (…) zawsze była cwana.

W miarę rozwoju akcji, dłuższe dialogi i monologi bohaterów zostają zastąpione przez choreografię. Każdy z członków diabelskiej świty ma przypisany charakterystyczny krok. Korowiow (Kacper Pilch) przechadza się dystyngowanie z zegarkiem z dewizką w ręce . Hella (Karolina Dańczyszyn) przybiera pozy akrobatki – cyrkówki. Azazello (Robert Żurek) ma ruchy dresiarza. A Behemot (Stanisław Twaróg) nie miauczy, ale łasi się prawie jak kot ze Shreka. Aktorzy drugoplanowi także uczestniczą w układach choreograficznych. W scenie libacji w mieszkaniu Stiopy (Józef Hamkało) w szaleńczym tańcu widzimy większość obsady. Po przebudzeniu uczestnicy imprezy gestem i mimiką próbują odegrać złe samopoczucie. Ich ruchy są często zwielokrotniane aż do uzyskania komicznego efektu.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że reżyser należący do tzw. pokolenia MTV (roczniki 1965-84) wypełnia swój spektakl cytatami z malarstwa, teledysków i filmów. Dobrym przykładem jest moment, w którym goście na balu u Szatana tańczą w przezroczystym tunelu z tylu sceny – trochę jak w Extreme Ways Moby’ego. Albo taniec Mistrza i Małgorzaty przypominający choreografię zakochanych z Beautiful Strangers Madonny. W spektaklu mnożą się odwołania do kadrów z filmów Feliniego – aktorzy często zastygają w pozach arlekinów i clownów. Musicalu Jesus Christ Superstar – po ukrzyżowaniu Jeszui, współcześnie ubrani śledczy badający sprawę Berlioza, zdejmują podwieszany u sufitu krzyż jakby to był niepotrzebny element scenografii – zupełnie jak w końcowej scenie u Webbera, w której ekipa filmowa demontuje miejsce kaźni Chrystusa i rozjeżdża się do domów.

Choreografię uzupełnia minimalistyczna trasowa muzyka (Maciej Zakrzewski).Wstawki muzyczne w wykonaniu aktorów (gitara, akordeon, bęben) wprowadzają momentami bachiczny nastój. Ten nastrój dominuje pierwszą połowę spektaklu i odwraca uwagę widzów od wątku miłości Mistrza i Małgorzaty (Dagny Cipora i Adam Mężyk). Relacja tytułowych bohaterów spektaklu, pokazana za pomocą kilku układów choreograficznych, wydaje się ledwo zarysowana. U Ibera postaci kreowane przez Ciporę i Mężyka mają więcej możliwości zbudowania wiarygodnej relacji z pozostałymi bohaterami spektaklu niż ze sobą. Mężyk z Mikosiem tworzy ciekawy i humorystyczny duet wrażliwców patrzących ze zdziwieniem na wariactwa współczesnego świata. Cipora w scenach z Nataszką jest nie tylko pięknością skłonną do poświęceń, ale również zmęczoną życiem praktyczną kobietą, pamiętającą o kupnie nowych pończoch dla swojej służącej. Natomiast w parze z Wolandem staje się osoba, która może zbawić świat, chociaż jeszcze o tym nie wie.

Czy Mistrz i Małgorzata Ibera, to spektakl o miłosierdziu? Takie odczytanie tej wielkiej rosyjskiej powieści sugeruje reżyser. Moim zdaniem jest to przede wszystkim opowieść o ludzkich pragnieniach. Słynne zdanie wypowiadane przez Wolanda w Teatrze Varietes : „Zobaczymy, czy mieszkańcy Moskwy zmienili się wewnętrznie” w kontekście tego, co dzieje się na scenie brzmi prawie jak pytanie retoryczne. Przez ponad dwie godziny jesteśmy świadkami oszałamiającego tańca, w którym zatracają się bohaterowie przedstawienia. Nawet jeżeli dopuszczają się przy tym małych świństewek – trudno mieć im to złe – w czerwonym świetle reflektorów wyglądają naprawdę wspaniale. Aż chciałoby się zakrzyknąć: „Chwilo, trwaj”. Na opowieści o miłosierdziu przyjdzie jeszcze czas.

Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

Mistrz i Małgorzata

Autor: Michaił Bułhakow

Reżyseria i choreografia: Cezary Iber

Przekład: Grzegorz, Leokadia Anna i Igor Przebindowie

Scenografia: Robert Rumas, Tomasz Brzeziński

Kostiumy: Marzena Wodziak

Dramaturgia: Cezary Iber

Muzyka: Maciej Zakrzewski

Projekcje video: Michał Jankowski

Obsada: Dagny Cipora, Klaudia Cygoń (gościnnie), Karolina Dańczyszyn, Żaneta Homa (gościnnie), Justyna Król, Mariola Łabno-Flaumenhaft, Krzysztof Boczkowski (gościnnie), Robert Chodur, Waldemar Czyszak, Sławomir Gaudyn, Paweł Gładyś, Józef Hamkało, Marek Kępiński, Michał Kurek (gościnnie), Paweł Majchrowski (gościnnie), Adam Mężyk, Mateusz Mikoś, Grzegorz Pawłowski, Kacper Pilch (gościnnie), Stanisław Twaróg (gościnnie), Robert Żurek

premiera: 30 marca 2019

Podróż do przeszłości

Najpierw był spacer śladami Freda Zinemmana – słynnego reżysera m.in. W samo południe i Stąd do wieczności. Teraz przyszła kolej na miejscowe kina. W ramach najnowszej inicjatywy Fundacji RzeszowskiejKino, którego nie ma –  mogliśmy wziąć udział w pokazach filmowych, zwiedzić kabinę projekcyjną kina Zorza oraz wyruszać w podróż w czasie szlakiem dawnych rzeszowskich kin pod przewodnictwem Katarzyna Hadały i Vito Macaluso. Ta dwójka stworzyła interesujący przewodnicki duet oparty na kontraście. Ona – inicjatorka projektu i autorka publikacji Kino, którego nie ma –  analizowała wpływ polityki PRL na rzeszowską kulturę kinową. On – pasjonat – amator lokalnej historii, przedstawiciel pokolenia, które dorastało w PRL-u – okraszał swoje opowieści o rzeszowskich kinach licznymi anegdotami.

Funkcję wehikułu czasu pełnił zabytkowy autobus. Po wejściu na pokład czerwonego Jelcza szybko okazało się, że na czas trwania podróży muszą wystarczyć nam widoki za oknem – słowa przewodników skutecznie zagłuszały dźwięki silnika autobusu. Dawny budynek kina Świt (dawniej Gwardia), znajdujący się na terenie jednostki wojskowej – pierwszy przystanek na trasie, uruchomił wśród uczestników lawinę wspomnień. Niektóre osoby zaczęły sobie przypominać, że grano tam westerny – inne, że podłoga kina dosłownie trzeszczała od ziaren słonecznika, a w środku panował przejmujący ziąb. Jazda Rzeszowska jest świetnym przykładem na to jak z rozmów ze zwykłymi ludźmi powstaje historia mówiona.Ta metoda rejestrowania wspomnień została już wcześniej użyta w Rzeszowie podczas projektu Mikrohistorie. Miał on na celu stworzenie Rzeszowskiego Archiwum Społecznego – platformy archiwaliów zawierającej zdjęcia i nagrane wspomnienia Rzeszowian. Projekt Kino, którego nie ma wpisuje się również w powyższy trend tworzenia mikrohistorii. Jak podkreśla Katarzyna Hadała – z powodu braku opracowań, większość opowieści o rzeszowskich kinach z okresu PRL pochodzi z przekazów ustnych. Jak wielki wpływ mogą mieć te przekazy na wyobraźnię słuchaczy, świadczy historia pana Piotra – jednego z przewodników naszej wycieczki, który od kilku lat próbuje określić dokładne położenie dawnego Kina Przodownik. To miejsce o nazwie budzącej skojarzenia z epoką głębokiego socrealizmu, jest świetnie znane mieszkańcom osiedli Dąbrowskiego i Piastów. Większość pytanych rozmówców wie, że znajdowało się ono na ul. Dominikańskiej (dawna ul. Pstrowskiego) w okolicach Klasztoru Dominikanów i Szkoły Podstawowej nr 10. Tylko, że te dwa punkty orientacyjne dzieli spora odległość. A położenia Przodownika nikt nie jest w stanie precyzyjnie określić. Kino, w którym pokolenie wyżu lat 50. po raz pierwszy oglądało kreskówki Disneya, widnieje teraz tylko na czarno białych zdjęciach na środku polnej drogi nieznacznie przypominającej dzisiejszą Dominikańską. Pan Piotr mówi, że jako rodowity mieszkaniec osiedla Dąbrowskiego poczuł się w obowiązku określić dokładne położenie Przodownika. Twierdzi, że dzięki pomocy znajomych geodetów jest w stanie dokładnie określić miejsce, gdzie znajdowało się to kino. Mimo jego wiarygodnie brzmiących zapewnień, niektórzy uczestnicy Jazdy Rzeszowskiej  mają jednak odmienne zdanie na temat lokalizacji Przodownika. Tajemnica położenia tego kina – baraku wydaje się nie dawać spokoju jego dawnym bywalcom. Zupełnie inne emocje wzbudza dawny Dom Kultury WSK, niegdysiejsza siedziba kina Mewa (dzisiaj Instytut Muzyki UR) majestatycznie górujący nad osiedlem Dąbrowskiego. Budynek w stylu klasycznego socrealizmu do dzisiaj jest celem wycieczek studentów architektury. Historia Mewy nie wywołuje sporów, lecz nostalgiczne wspomnienia. Tuż po wejściu do Instytutu Muzyki, uczestnicy Jazdy rzeszowskiej zaczynają sobie nagle przypominać swoje dawne wizyty w tym miejscu. Dla niektórych Mewa na zawsze będzie kojarzyć się z seansami dla najmłodszych widzów. Inni –wspominają bale karnawałowe dla dzieci lub zajęcia dodatkowe w tzw. Sali Kominkowej. Ktoś przypomina sobie, że na pasie zieleni otaczającym budynek dawnego Domu Kultury odbywało się kino letnie. Patrząc na ogrodzenie szczelnie oddzielające skwerek od chodnika, wydaje się to nierealne. To wspaniałe, że w przeszłości przestrzeń Domu Kultury WSK pełniła tak różne funkcje i była do dyspozycji mieszkańców osiedla. Współcześnie z budynku Instytutu Muzyki dobiegają dźwięki prób studentów wydziału muzyki. Marzy mi się, żeby na schodach Instytutu lub w pobliskim parku odbywały się cyklicznie wydarzenia muzyczne. Koncert pamięci M. Jacksona, to zdecydowanie za mało. We wspomnieniach wielu osób Dom Kultury WSK jawi się jako instytucja kultury z prawdziwego zdarzenia. A każdą instytucję kultury tworzą przede wszystkim ludzie. Niektórzy wspominają postać Andrzeja Listwana – nieżyjącego kierownika literackiego kabaretu Meluzyna mającego swoją siedzibę w Domu Kultury WSK. Ja zapamiętałam Andrzeja Listwana jako starszego pana akompaniującego na pianinie podczas zajęć tanecznych na początku lat 90. ubiegłego wieku, Dużo później poznałam jego świetne fotografie powojennego Rzeszowa. Wielu osobom postać Listwana kojarzy się wyłącznie z nazwą placu naprzeciwko Instytutu Muzyki noszącym jego imię. To wspaniale, że pamięć o ludziach, którzy mieli swój wkład w rozwój kultury miasta jest kultywowana poprzez przywoływanie anegdot i wspomnień związanych z ich działalnością. Świetnym przykładem takiej formy rozmów o przeszłości było spotkanie z byłymi pracownikami nieistniejącego już kina ApolloBarbarą i Józefem Matwijami. Spotkanie fascynujące, szczególnie dzięki barwnej, lecz pozbawionej sentymentalizmu relacji Barbary  Matwij obfitującej w szczegóły funkcjonowania kina w czasach ustroju socjalistycznego. Z tej opowieści mogliśmy dowiedzieć się, że Apollo w przeciwieństwie do Zorzy, nie było kinem premierowym – grano w nim filmy, które już zeszły z ekranu. Mimo tego, to kino cieszyło się ogromną popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży. Za dobór repertuaru odpowiadał kierownik, który raz tygodniu jeździł do Warszawy na tzw. pokazy specjalne podczas których wybierał te tytuły, które będą grane w jego placówce. Zofia Matwij wspomina, że udało jej się wybrać dla Apollo Wejście Smoka z Brucem Lee. Całą treść tego filmu musiała najpierw opowiedzieć swoim współpracownikom, którzy ponaglali ją słowami: – Kierowniczko, opowiadaj. Nie do pomyślenia dzisiaj, gdy trailery i teasery, zdradzające nierzadko wiele szczegółów akcji na długo przed oficjalną premierą. W swojej opowieści dawna kierownik Apollo nie pominęła mniej przyjemnych aspektów pracy w kinie – desperackich prób wyprzedania biletów na pokazy filmów, na których mieli być obecni partyjni oficjele, żmudnego sprzątania podłogi sali kinowej z łupin słonecznika. Wreszcie –nierównej walki o istnienie Apollo z właścicielem kamienicy, w której mieściło się kino. Z tych wszystkich opowieści, również z opowieści jej męża-operatora kinowego, przebija jedno  pracownicy kina w tamtym okresie kochali swoją pracę, a kino traktowali jak drugi dom. To autentyczne zaangażowanie miało najwyraźniej wpływ na klimat tego miejsca, skoro na spotkaniu z małżeństwem Matwijów przyszło mnóstwo osób. A ich opowieści nagrodzono gromkimi brawami. Słowa jednego z uczestników Jazdy Rzeszowskiej  podsłuchane gdzieś  na trasie Jazdy świadczą, że takie spotkanie mają wciąż sens i mogą inspirować do działania: – Nie interesuje mnie na siłę odtwarzanie dawnego klimatu Apollo, ale przenoszenie do kultury miejskiej tych elementów tego kina, które mogłyby świetnie przyjąć się w nowej miejskiej rzeczywistości.

Introduce Yourself (Example Post)

This is an example post, originally published as part of Blogging University. Enroll in one of our ten programs, and start your blog right.

You’re going to publish a post today. Don’t worry about how your blog looks. Don’t worry if you haven’t given it a name yet, or you’re feeling overwhelmed. Just click the “New Post” button, and tell us why you’re here.

Why do this?

  • Because it gives new readers context. What are you about? Why should they read your blog?
  • Because it will help you focus you own ideas about your blog and what you’d like to do with it.

The post can be short or long, a personal intro to your life or a bloggy mission statement, a manifesto for the future or a simple outline of your the types of things you hope to publish.

To help you get started, here are a few questions:

  • Why are you blogging publicly, rather than keeping a personal journal?
  • What topics do you think you’ll write about?
  • Who would you love to connect with via your blog?
  • If you blog successfully throughout the next year, what would you hope to have accomplished?

You’re not locked into any of this; one of the wonderful things about blogs is how they constantly evolve as we learn, grow, and interact with one another — but it’s good to know where and why you started, and articulating your goals may just give you a few other post ideas.

Can’t think how to get started? Just write the first thing that pops into your head. Anne Lamott, author of a book on writing we love, says that you need to give yourself permission to write a “crappy first draft”. Anne makes a great point — just start writing, and worry about editing it later.

When you’re ready to publish, give your post three to five tags that describe your blog’s focus — writing, photography, fiction, parenting, food, cars, movies, sports, whatever. These tags will help others who care about your topics find you in the Reader. Make sure one of the tags is “zerotohero,” so other new bloggers can find you, too.